Zdzierałam paznokcie o wiele skał,
próbując utrzymać oporną krawędź
i parłam ku górze, siła bez mocy,
by ujrzeć ideał - od zawsze tam stał.
Stał na szczycie pychy, dumny i blady,
doknął boskości - nie boskiej, a swojej.
Nie drzwi do raju, a piekła podwoje
otwarły przed nim szaleńcze roszady.
A ja wisiałam, patrząc z dołu
na triumf ideału w jego własnych oczach.
Miał na twarzy maskę i fałsz stąpał w krokach,
bo nie zasłużył, nie sięgał cokołu.
Puściłam krawędź, upadłam na wrzosy,
wyrosłe ze zgniłych iglanych trucheł,
jak człowiek z małp, grzechów i pcheł,
czystością odległy od porannej rosy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz